Chrzest Morski

Można mieć ukończoną szkołę lądową i morską, ale jak nie przeszło się chrztu morskiego, jest się neofitą. Z Las Palmas statek m/s „Kopalnia Wirek” wziął kurs na Afrykę. Zbliżaliśmy się do Równika. Podczas każdego treningu na pokładzie słyszałem od kolegów te słowa: „oj, pobiegasz ty w czasie chrztu” Nie brałem tego na poważnie. W przeddzień uroczystości pojawia się na statku Tryton, strażnik pieczęci Neptuna, Króla Mórz i Oceanów. Lekko nie będzie. Przejęcie władzy i stemplowanie  neofitów. Jest stempel na czole i na siedzeniu. Nie można go zmazać! Ceremonia rozpoczyna się od syreny okrętowej i małego drżenia pokładu – Równik.

Chrzest morski – gdzieś tu, na Oceanie Atlantyckim

Pojawia się świta Neptuna i jego żony Prozerpiny: piraci, diabły i astrolog. Pędzą nas do miejsca pod siatkę. Słońce pali, leją wodą, diabły biją ogonami. Siły dodaje im „Napoleon”. Pisk, szum, diabły  wyciągają mnie pierwszego. Maratończyk – wreszcie cię dostaliśmy! Przestańcie się wygłupiać – mówię. Stawia się! „Do borowianki z nim”– beczki ze ściekami, jakich w życiu nie widziałem. Zanurzenie. Łapię hausty powietrza. Po tym wchodzę na kolanach do fryzjera. Smar statkowy na włosy. Golenie, strzyżenie, wszystko pierwsza klasa! Potem doktor, który zagląda i dotyka wszystkiego. Biada pasażerkom.

Powietrze, wiszę na windzie wysuniętej nad wodą. Okulista sypie grafit do oczu i już nic nie widzę. Rekin, czyli długi wąż brezentowy z kamieniami w środku. Trzeba pokonać go na kolanach. Silne ciśnienie wody z węża prosto w twarz. Ktoś siedzi mi w tym czasie na plecach. Na kolanach docieram wreszcie przed oblicze świty.

Astrolog czyta z gwiazd wierszem o złych i dobrych uczynkach neofity – „czas dla rumu spożywania poświęca dla biegania”. Zaczęło się. Prozerpina każe się całować w przedziwne miejsca. „Maratończyk pokaże nam jak się biega, haha!”. Związano mi nogi, wyznaczono czas i odległość. Pokład śliski, kroczki małe, przewracam się kilka razy. „Dość – my z niego tych maratonów nie wypędzimy!” Został mi tylko drink i kanapka. Byłem już tak zmęczony, że smaku tych cudowności nie zarejestrowałem. Przywleczono mnie przed oblicze Neptuna, który uderzając mnie trójzębem wypowiedział: Jesteś prawdziwym marynarzem Polskiej Marynarki Handlowej, nadaję Ci imię „Lew Morski”. „O Boże, koniec”. Ulga i radość, potem dwie godziny pod prysznicem. Oczy bolą. Piecze skóra. Wieczorem na rufie dyplomy, drink, kiełbaski, wrażenia. Nie ma złości na kolegów. Szum śruby, drżenie pokładu, jasne gwiazdy powodują, że zasypiam. Śni mi się mój mini maraton przed Neptunem.

Certyfikat Chrztu Morskiego