Bieganie

Szkoła Podstawowa

Do sportu ciągnęło mnie od wczesnego dzieciństwa. Zaczynałem w drużynie hokejowej Pomorzanin Toruń, do której zachęcił mnie trener Kazimierz Osmański. Niestety sport już wtedy wymagał dużo czasu i kolidował z nauką. Wolałem oczywiście sport, ale moja mama dokonała wyboru za mnie – i musiałem rozstać się z hokejem na rzecz szkoły. Warto pamiętać, że w tamtych czasach dzieci były rodzicom posłuszne – nie tak jak dzisiaj.

W czasach szkoły podstawowej mieszkałem w Toruniu przy ul. Koniuchy opodal była jednostka wtedy wojsk radzieckich. Wkradałem się tam przez dziurę w płocie na treningi biegowe – wytrzymałościowe . Lubiłem w tamtych czasach także jeździć rowerem wyścigowym.

Dyplom za zajęcie I miejsca na Spartakiadzie Szkolnej - 21.06.1963r.
Moje ulubione przedmioty w szkole podstawowej to Wychowanie Fizyczne i Geografia.

Technikum i praca

Pomimo napiętego czasu na naukę i pracę zawsze znalazłem chwile na sport. Uprawiałem przydomową lekką atletykę, kulturystykę i gimnastykę. Obiegałem dokładnie położone w pobliżu Kozackie Górki. Dzisiaj jest tam piękne osiedle. Ja byłem szczęśliwy ze zmęczenia – rodzice spokojni, że głupoty mi nie w głowie.

Wojsko

Następnie poszedłem do wojska. W tamtych czasach ( lata 60-te) wojsko było dla takich chłopaków jak ja przygodą, wyzwaniem. Skorzystałem z tego, że można było wybrać sobie rodzaj służby i poszedłem do wojsk zwiadowczych. Ukończyłem kurs spadochronowy w Krośnie nad Wisłokiem.  O wojsku można byłoby opowiadać i opowiadać, temat na osobny artykuł a może nawet książkę…

Wymarzona służba wojskowa
Wymarzona służba wojskowa

Morze

Początek był bardzo trudny, bo z kierownika (w zakładzie na lądzie) zmieniłem się w pracownika fizycznego. Jednak pracowałem na statku i poznawałem świat i o to chodziło! Po trzech latach jednak pod wpływem namów żony Ewy, złożyłem papiery do Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie, którą ukończyłem w 1983 roku z dyplomem intendenta – zdobyłem stopień oficerski Polskiej Marynarki Handlowej.

Bieganie

Do końca życia będę pamiętał ten szczególny rok i szczególny rejs na M/S Studzianki. Płynęliśmy z Włoch z frachtem do Stanów Zjednoczonych, potem wypadł nie zapowiedziany rejs do Japonii przez Kanał Panamski, kiedy radio nadało informację, że w Polsce wybuchły strajki. Gdy w drodze powrotnej przepływaliśmy ponownie Kanał Panamski wpływając na Atlantyk, na jednej ze śluz „mijankowych” spostrzegliśmy, że oficerowie i zwykli marynarze ze statków innych narodowości pozdrawiają nas serdecznie, klaszczą, wołają „Bravo Poland”, „Viva Lech Walesa”. Tysiące kciuków wzniesionych do góry pozdrawiało nas. W ten sposób dowiedzieliśmy się, co się dzieje w kraju.

Uwielbiałem takie kolosy – było gdzie biegać!
Uwielbiałem takie kolosy – było gdzie biegać!

Mieliśmy bardzo ograniczoną łączność, przyszedł od armatora zakaz na rozmowy telefonicznie z krajem i nie ma, co ukrywać – nudziliśmy się na statku strasznie. Dostęp do  wiadomości miał jedynie kapitan statku – odbierał on już wtedy tylko i wyłącznie zaszyfrowane radiogramy z Polski. Ktoś wtedy z nas wpadł na pomysł zorganizowania na statku olimpiady – pamiętajmy, że w 1980 odbywała Olimpiada w Moskwie. Biegaliśmy więc na 60 metrów, pchaliśmy na odległość odbijaczem, skok w dal z miejsca, wyławialiśmy kapsle z okrętowego basenu… Wygrałem tę olimpiadę indywidualnie i tak mnie to zmotywowało, że zacząłem biegać… i rzuciłem papierosy, których spalałem do 40 dziennie!

Najpierw biegałem na pokładzie statku. Pamiętam jak wszyscy pukali się w czoło!  Najbardziej zły był bosman, który w marynarskich słowach mówił wprost, co o tym sądzi.

Gdy nasz statek cumował w  portach schodziłem na brzeg, i biegałem, była to odskocznia od blaszanego domu, kolegów czasem fajnych czasem mniej i poznawałem porty i okolice. Często  dziwiono się, że jestem z Polski i biegam, że to jest i u nas modne ! Kupiłem sobie nawet pierwsze buty biegowe (prawdziwe). W dalszym ciągu było to jednak bardzo nieregularne bieganie, coś jak chodzenie na spacer.

Poznawałem świat – Casablanca
Poznawałem świat – Casablanca

Na pierwszy start odważyłem się po trzech latach truchtania, trzeba było poczekać do 1983 roku. W przerwach między rejsami zawsze starałem się spędzać czas z rodziną. W 1983 roku otrzymałem wspomniany dyplom ukończenia uczelni, stopień oficerski, urodziła mi się druga córka Madzia. Wyczytałem wtedy w gazecie lokalnej, że w Toruniu odbędzie się I Maraton Toruński. Postanowiłem uczcić te wszystkie wydarzenia biorąc, w nim udział.

Wspólne wyjazdy toruńczyków na maratony
Wspólne wyjazdy toruńczyków na maratony.

Przed startem do maratonu udało mi się znaleźć czas by przebiec pierwsze 20 kilometrów.  Ukończyłem w czerwcu ten mój pierwszy maraton w Toruniu z czasem 4 godziny 37 minut. Oczywiście na mecie obiecałem sobie, że nigdy więcej biegania!

Wróciłem do biegania już po trzech dniach. W końcu zacząłem trenować regularniej. Spotykaliśmy się ze znajomymi i biegaliśmy po lasach. Zacząłem się od nich dowiadywać, jak biegać, jak trenować, jak się ubierać. „Wkręciłem” się w bieganie, a co najważniejsze zaczęły dołączać do nas kolejne osoby – Jurek Bednarz, Śp. Jurek Stawski, Jadzia Wichrowska, Zbyszek Gęsicki, Józek Jarosz, Janek Szabunio. Zaprzyjaźniłem się też z red. Januszem Kalinowskim – organizatorem Maratonu Warszawskiego.

Na trasie w Warszawie
Na trasie w Warszawie

Ostatni Mohikanin toruńskiego maratonu

Tak, to prawda, ze stajni biegowej z tamtych lat pozostałem jedyny, który jeszcze biega pełne maratony czyli 42,195m

Życie nakręcane bieganiem, morzem i Beatlesami

O tym  dowiecie się Państwo z mojej książki „Bieganie po oceanie”