Przejdź do treści

RUN LIVERPOOL MARATHON

      Kiedy tylko usłyszałem o maratonie w Liverpoolu, pomyślałem czas tam zawitać i pobiec, nie było mnie tam już ponad pięć lat! Droga z Torunia na lotnisko w Poznaniu okropna, lot dla odmiany przyjemny. Spotykam sympatyczna parę z Poznania, którzy lecą po raz pierwszy do Liverpoolu. Opowiadam im o moim życiu tam, wspominam, że napisałem książkę-przewodnik po mieście śladami Fab Four czyli The Beatles, kupują w samolocie.

      Mija chwila a kolejny pasażer zaintrygowany opowieściami zgłasza chęć nabycia. Jestem zmuszony odmówić, gdyż mam ze sobą jedynie kilka egzemplarzy, które mają pomóc mi wykonać ważną misję. Już na ziemi pierwsze kroki kieruję do hotelu Hilton, gdzie odbieram Kit Bag, niewielki plecaczek na moje bambetle przed maratonem. Szok, naprawdę szok, to nie jest to centrum, które znałem przed laty. Zmiany w infrastrukturze spowodowane są wyborem miasta Liverpool na Europejską Stolicę Kultury w 2008 roku. Opłacało się wygrać. Trzymajmy kciuki za Wrocław w 2016 roku!

      Kieruję się do The Cavern Club, pubu z duszą starego rock-and-rollowca, zastaję tam sporo turystów i… spokój. Na koncert trzeba przyjść wieczorem. Idę dalej. Sklep z pamiątkami. Jest też grubiutki Steve – „pamiętasz mnie?” – pytam, intensywnie mi się przygląda ale jego oczy mówią „nie”. Wyciągam książkę, otwieram na ostatniej stronie, gdzie jesteśmy razem na zdjęciu. „Muszę ją mieć” – prosi, „no to ją masz” – odpowiadam i jeszcze tylko piszę dedykację. „Kaz teraz ty w zamian wybieraj co chcesz z mojego sklepu!” Chodzę wokół półek, głowę zadzieram, nagle dostrzegam bombową koszulkę z całymi postaciami Beatlesów i tę wybieram.

      Dochodzę do hostelu, mijam po drodze szpital, w którym urodził się John Lennon. Ktoś włożył za tablicę czerwoną różę i kopertę z listem do Johna. Na pewno go przeczyta, wierzę w to. Jutro są jego 71 urodziny.

      Dobijam do hostelu, tu także zmiany. Drzwi zamykane na kody, Internet za darmo, jedynie przyjaciele niezmienieni. Był Kevin junior. Wita mnie gorąco i wylewnie dziękuje – „Kaz, ilu ty nam Polaków przysłałeś!” Każdemu, kto kupił moją książkę i tam się wybierał polecałem ten hostel, ponieważ w nim poczuje się jak w domu! Na recepcji Piotr, młody chłopak z Częstochowy – „Kaziu tyle o tobie słyszałem!” – ja z kolei pytam – „Jak tu trafiłeś?” – „Przez przypadek. W mojej Częstochowie obracałem się w towarzystwie, z  którego chciałem się wyrwać. W centrum handlowym sprzedawali tanie bilety do Anglii, wystarczył impuls, kupiłem. Wybrałem Liverpool. Po pierwszej nocy Kevinowie zaproponowali: chcesz pracować.?.. pracuję już 4 lata”. Ja natomiast mam wspaniałe warunki, śpię sam, prysznic, telewizor. Po godzinie jednak Piotr prosi mnie o przysługę – „Kaziu na dużej sali śpi z synem maratończyk z Anglii, wiesz on się tam nie wyśpi, Irlandczycy trochę popili i opowiadają dowcipy”. „Dawaj go” – odpowiadam. Po chwili szczęśliwy Richard z synem  zajmują dwa puste łóżka. W końcu lepiej mieć obok siebie maratończyka niż podpitego łobuza. Zaczęliśmy maratońskie opowieści…trochę podziębiony szybko zasypiam, ale nocne rozmowy Irlandczyków w kuchni wyrwały nas ze snu gdzieś o drugiej nad ranem. 

    MISJA PIERWSZA  MARATON

      Richard ma auto, jedziemy na  Lime Street  skąd  autobusy zawiozą nas na miejsce startu. Przyglądam się pasażerom – maratończykom identyczna jak u nas atmosfera niepokoju, nerwowości i niewiadomej… Pod  rzeką  Mersey  jedziemy  tunelem, tym samym będziemy wracać po maratonie.  Birkenhead Park. Tu zaczyna się maratońska przygoda, moja już 123 w życiu!

      Zaczęło się jak zawsze od radosnego startu, czekaliśmy jednak na ten moment dłuższą chwilę z powodu wypadku. Trasa prowadzi wzdłuż nabrzeża o nazwach: Kings Parade oraz Egremont  Promenade. Patrzę na drugi brzeg rzeki Mersey, gdzie widać wysokie budynki zarówno stare, obdrapane jak i nowe ze szkła. Oczy jednak kierują się na plażę, gdzie dawniej często bywałem. To tu rozpoczyna się pierwsza scena filmu „Across The Universe”- bohater siedząc na plaży śpiewa piosenkę Beatlesów. Następna ulica to Tower Road, z której wbiegamy do tunelu. Przypomniał mi się maraton w Monaco,  tam także tunele. Ten jest wyjątkowo długi. Kiedy wybiegamy z niego mam dwa pragnienia: zobaczyć  wreszcie światło dzienne i coś zjeść. Do tej pory, a jest to 13-ta mila, poili nas tylko czystą wodą. Wbiegamy do ścisłego centrum Liverpoolu. Pytam się kibiców o słodycze, dostaję wreszcie garść żelków od wolontariuszy. Na następnym punkcie pojawiły się wreszcie odżywki, kaloryczne w butelkach i tubkach. Biegnę znanymi mi ulicami Chaloner Street oraz  Parliament Street. Tędy często wracałem z Albert Dock, gdzie jest muzeum  Beatlesow, oraz Maritime Museum, po lewej mam zaraz  uliczkę Gambier Terrace 3, przy której John mieszkał za studenckich czasów. Wpadłem tam kiedyś niespodziewanie do mieszkańca tego lokum, – Jamesa – był zaskoczony ale i rozmowny. Opisałem to wszystko w książce.  Zastanawiam się, być może za bardzo znam tę trasę? Czasem lepiej nie wiedzieć  gdzie się biegnie, oglądane  nowe krajobrazy pomagają przezwyciężyć zmęczenie. Obiegamy dokładnie Sefton Park, tam odbywałem moje treningi na 2,5 milowej trasie. Tutaj matka Johna Lennona poznała swojego męża Alfreda ojca Johna. W tym parku, jak opowiada w swoich wspomnieniach Ringo Starr, gdzieś pomiędzy cyrkowymi budami kochał się pierwszy raz z kobietą . Zaczęło padać. Odbijamy w lewo i już zaczyna się słynna Penny Lane, zmęczenie daje znać o sobie, chwilę maszeruję, potem truchtam, przerzucam się znów na marsz.  Energetyczne wzmacniacze zadziałały, przyczepiam się do biegaczki zbliżonej wiekiem i posturą do naszej Jadzi z Torunia. Biegnę  obok tej naszej-nie naszej Jadzi, sił przybywa, prędkości także. Dostałem „kopa”, mijam Jadzię. Na Princes Park, już nie zatrzymuję się na punkcie odżywczym, butelka z ręki do ręki i hajda w dół ulicą Princes Road.   Krótko przed metą słyszę piosenkę Beatlesów, w której padają słowa „THE LONG & WINDING ROAD RACE„ na mecie przeczytam to na moim medalu. Dla mnie dodatkową nagrodą są liczne i gorące pozdrowienia z tłumu „Happy Birthday John” skierowane w moim kierunku, ponieważ biegnę w koszule z podobizną Johna z mojego ubiegłorocznego crossu. Dziękuję wszystkim pięknie w imieniu Johna i swoim. Szczęśliwy dobiegłem do mety, ukończyłem 123 maraton! Ostatnie dwa maratony, poprzedni w Edynburgu i ten w Liverpoolu były przypomnieniem radości z pokonanego dystansu po sześcioletniej przerwie.

    MISJA DRUGA   CITY COUNCIL

      Pani Marzenka z urzędu Gminy Obrowo przygotowała pismo przewodnie podpisane przez wójta o chęci współpracy dwóch miejscowości Liverpoolu i Obrowa. Drugi dokument opisujący moją pasję dotyczącą Beatlesów, biegania, uliczki i organizacji  Cross for The Beatles przygotowała moja córka Madzia. Kevin senior umawia mnie w Urzędzie Miasta Liverpool. Przyjmuje mnie Wendy, zostawiam pisma, zostawiam książki. Opowiadam o tym co zrobiłem ja przy ogromnym wsparciu gminy dla popularyzacji biegania i twórczości Beatlesów. Pracownica urzędu zaskoczona była jakością wydania książki i materiałami, które tam są zamieszczone (zdjęcia). Czy misja ta przyniesie efekty?

    MISJA TRZECIA   THE CEVERN CLUB

      Znów mój przyjaciel Kevin senior pomaga. Jestem umówiony w The Cavern Club z właścicielem. „Tutaj go nie ma” – odpowiada załoga – „Idź do Cevern Pub, tam przyjdzie”. No tak teraz do mnie dopiero dociera z kim się spotkam, wszak do niego należy czterogwiazdkowy   Hard Days Night Hotel. Podczas mojego pobytu pięć lat temu w tym miejscu był generalny remont. Teraz na frontonie hotelu stoją cztery postaci: John, Paul, George i Ringo. Na dole sklep z beatlesowskimi pamiątkami.

      Czekam. Nieraz byłem tu na koncertach. Przed wejściem stoi  odlana z brązu postać Johna Lennona  ufundowana przez jego pierwsza żonę Cyntię. Tak jak wszyscy i ja mam przy nim zdjęcie. Jest Dawid, niepozorny, niewysoki. Zaczynam dziękować za możliwość spotkania. Nie mam żadnych listów, tylko swoją historię oraz książkę. Dodatkiem jest maratoński medal, który dla Dawida jest zaskoczeniem. Przegląda książkę,  patrzy na zdjęcie  budynku Knotty Ash Village przy ulicy East Prescot Road, tego już nie ma! Patrzę na niego zaskoczony. „Poznajesz centrum sprzed pięciu lat?” Opowiadam o zmianach, które mnie zaskoczyły. „Kaz w życiu nie można stać w miejscu. Jakie masz pragnienia?” „Wiesz Dawid marzy mi się aby zespół The Mersey Beatles zagrał w Polsce” . Zespół ten ma swoją stałą siedzibę w The Cavern Club. Dalej opowiadam o moich zawodach biegowo-spacerowych i koncercie zespołów beatowych. Krótko i rzeczowo, jeszcze zostawiam podpisaną książkę, wizytówkę i żegnam się.

      Wychodzę na Mathew Street bardziej  zaszokowany niż uradowany. Dociera do mnie dopiero później, że pozostawiłem coś, o czym Dawid i wielu innych w Liverpoolu nie wiedziało. The Beatles dla naszego pokolenia, to magiczny zespół, z magicznego miasta Liverpool. Mnie udało się dodać do tego  jeszcze magiczny maraton.

    Zastanawiające, czym dalej od tego wydarzenia, tym bardziej je doceniam. To wszystko zostało jeszcze nagrodzone piosenką The Long And Winding Road, podczas ostatnich metrów tego królewskiego dystansu.